Atakowani sprzecznymi informacjami, doniesieniami, opiniami, statystykami ludzie zaczynają się szybko dzielić i polaryzować na wrogich sobie stronników i przeciwników różnych metod rozwiązań kryzysu. Który niejako spada z nieba. Ta wrogość jest niepokojąca, ale i nieuchronna.
Popularni zrobili się jasnowidzący, wróżbici i astrologowie. I to zrozumiałe, jeśli nauka cedzi prawdę i uzależnia swoje opinie od koncernów i mediów głównego nurtu. A w rządzie zasiadają osoby przekupne, zapatrzone w siebie i zależne od nie wiadomo kogo i czego. Co widać i czuć na odległość, i nie trzeba być do tego widzącym.
Wielu ludzi ma przeczucia i niepokój narasta także stąd. Każdy z nas śni przecież.
Sławione w mediach wirusy zwidywały mi się jako krople spadające z nieba już ponad 20 lat temu. Dlatego mój pierwszy blog założony około 2003 roku dostał nazwę „Krople niebieskie”. Miałam sny apokaliptyczne, w których szczepienia grały wielką rolę. Trudną do określenia, na dobre czy złe. Wiązał się z nimi masowy strach i przemoc.
Najważniejsza informacja przyszła w wielowymiarowym przeżyciu z nocy 12 marca 1999 roku,
gdy pojawił się mój (nieżyjący już wtedy) ojciec, lekarz z
zawodu i szłam z nim za rękę jako mała dziewczynka ulicą miasta. W pewnym momencie pojawiło się coś szybko
rosnącego na niebie, jak ciemna bezkształtna chmura, co było
nieskończenie wściekłe, ponure, złe i świadome, wystawały z
niej kończyny, dłonie, jak z symbolicznego obrazu Nadduszy czy raczej w tym wypadku ponurego egregora i cienia boskiego. Była to wspólna świadomość czegoś, co skojarzyło mi się z wersetem: „A imię moje Legion”. No, i z Przedwiecznymi Lovecrafta.
Ojciec zatrzymał się i zakazał mi jakiegokolwiek ruchu. „To” jednak zdołało dopaść mnie przy wybudzaniu
się, "ręka" zrobiła mi zastrzyk w podstawę czaszki, potwornie
bolesny. Ból odczuwałam na jawie jeszcze kilka dni, a potem
sporadycznie odzywał się przez kilka lat, tak to było sugestywne.
Na
początku 20 roku znów pojawiły się krople z nieba, spytałam
co to, głos śnienia odpowiedział: "Niebezpiecznie". I szło o
zarazę, jak się okazało (którą widziałam, jak się mnoży).
Ale następnej nocy zobaczyłam granatowe krople z nieba. I już bez pytania głos
oznajmił: "śmiertelne". Po tej pandemii przyjdzie coś
gorszego i nieuleczalnego. Widuję od dawna chorujące i
zarażające wirusem dzieci oraz młodych ludzi z krwotokami z nosa i
z ust czyli objawy podobne do gorączki
krwotocznej czy posocznicy. Lub efekty mnożących się innych
odpornych bakcyli. W 2020 rozpoczęła się "mała epoka" Wodnika, a jemu
przynależą wszelkie mutacje, hybrydy, pleśnie, robactwa, plagi szarańczy, wiatry i morowe powietrze.
Rzeczy oczywiście rozgrywać się będą w ciągu kilku dziesięcioleci, a nie zaraz-natychmiast.
I jeszcze: Mistrz nazywa tę następną późniejszą zabójczą chorobę „chorobą nieznaną”. Opowiadał o niej Sławik Kraszennikow. To ona ma spustoszyć wielkie miasta i rejony południa Europy (Turcji, Grecji, Włoch, południowej Francji i Hiszpanii), Bliskiego Wschodu i północnej Afryki, docierając do granic Niemiec.
Mistrz użył anagramu Modone Fulcy w
Liście do Króla (H95), gdy zapowiada przyjście antychrysta, co
niejako powtórzył w czterowierszu 6.73 podobnym anagramem drukowanym w różnych wczesnych edycjach w formach: Moderne,
Medene lub Modene. Rozumiano go przeważnie jako ukrytą nazwę Modeny,
miasta włoskiego, jednak teraz możemy już rozpoznać w niej nazwę
firmy Moderna oraz sylaby tworzące sens „medyczna modyfikacja RNA”. Fulcy to
anagram (tj. przestawione sylaby i litery) wyrazu Lucyf i już wiemy co to lucyferaza i do czego może służyć. Tych oznaczonych „odrażającymi znamionami”
(czterowiersz 2.20) Mistrz nazwał „wrogami publicznymi”,
bo będą – jak mówił Sławik Kraszennikow – widoczni dzięki
świecącym znakom na ciele.